Mapa emigracji pokrywa się z mapą krajów źle rządzonych.


Bieżące komentarze: matura z matematyki, oświata



Wnioskowanie przez analogię

  • Wyobraźmy sobie, że idziemy do kina, by obejrzeć interesujący nas film. W trakcie seansu grupa wyrostków zaczęła się awanturować, wtargnęła na scenę, zniszczyła ekran, zaczęła niszczyć krzesła...

Spodziewamy się, że parunastu krzepkich policjantów spuści draniom łomot, a potem - gdy staną przed sądem - zostaną ukarani (zapłacą za poczynione szkody i dostaną kary wynikające z kodeksu karnego).

  • Wyobraźmy sobie, że idziemy na mecz piłkarski. W trakcie meczu grupa wyrostków zaczęła się awanturować, zniszczyła ogrodzenie, wtargnęła na boisko,  zaczęła niszczyć krzesła...

Co się dzieje? Policja nie interweniuje (bo się boi, by sytuacja się nie pogorszyła...), winni zostaną złapani albo i nie (bo mają zasłonięte twarze...), a karę zapłaci właściciel stadionu, czyli klub piłkarski.

Czy normalnemu człowiekowi przyszłoby na myśl, by karać właściciela kina?

Liczby bardzo małe i bardzo duże

Charakterystyczne dla ludzkiego umysłu jest słabe wyobrażenie o rzeczywistej wielkości liczb bardzo dużych i bardzo małych.

  • Taki elektron. Możemy go sobie wyobrażać jako kuleczkę o promieniu długości 2,82/1000000000000000 m. Prawie każdy kiwnie głową i skomentuje: liczba, jak liczba. Dopiero wtedy, gdy ktoś powie: "elektron jest tak mały, że jeżeli spadnie ci z góry na głowę i wyjdzie przez pięty, to z prawdopodobieństwem 99% w nic nie trafi", usłyszy zdumione aaa...
  • Wielkość zadłużenia naszego nieszczęsnego państwa. Wynosi w tej chwili (4 maja 2011 r.) ok. 832 miliardy złotych. W 2010 roku dorobiliśmy się 111 miliardów długu. Słyszymy komentarz: no tak, trochę długu jest. Gdy ktoś powie: co trzy dni nasz kochany rząd wydaje o miliard złotych więcej, niż ma", usłyszy eee...(czyli zaczyna docierać). Wobec tego zmniejszamy liczbę (bo 1 miliard to spora suma) i mówimy: co minutę nasz kochany rząd wydaje ponad 23 000 złotych więcej, niż ma. Teraz dopiero słyszymy aaa...

Czym zajmuje się MEN?

Myślę, że niewielu internautów odwiedzających internetowy serwis MEN zwraca na to uwagę - po prostu usiłuje znaleźć potrzebne informacje. Szukanie nie jest chyba łatwe, bo ostatnio MEN ogłosiło: "W odpowiedzi na Państwa sugestie dotyczące potrzeby wprowadzenia bardziej przejrzystej mapy strony internetowej ministerstwa i łatwiejszego dostępu do informacji, uruchomiliśmy nowe menu strony MEN (...)".

Co jakiś czas w serwisie MEN pojawiają się komunikaty. Na ile dotyczą one problemów bezpośrednio związanych kształceniem, czyli z praprzyczyną, dla której (ponoć) to ministerstwo zostało powołane? Na 10%. Mniej więcej co dziesiąty komunikat w jakiś tam sposób jest z procesem kształcenia związany. Reszta to wałkowanie jakichś biurokratycznych procedur, które istnieją tylko dlatego, że je "wdraża" i potem się nimi zajmuje MEN. Jakieś komisje, porozumienia, spotkania międzyresortowe, udziały w międzyrządowych konsultacjach, ogłaszanie dni czegoś-tam itd. itp.

Nic nowego pod słońcem.

Do czego prowadzi państwowa edukacja

Uniwersytet w Hamburgu przeprowadził badanie analfabetyzmu na grupie 8000 obywateli niemieckich. Otrzymane wyniki okazały się dla wielu szokujące. Wyniki badania:

  • 7,5 miliona osób w wieku 18-64 lat to analfabeci, co stanowi 14% osób w podanym przedziale wiekowym, z czego:
  • 300 000 obywateli niemieckich nie potrafi czytać i pisać w ogóle,
  • 2 miliony obywateli niemieckich jest w stanie przeczytać i napisać kilka przypadkowych słów,
  • 5,2 miliona jest w stanie zrozumieć krótkie zdania, ale nie rozumie czytanego tekstu,
  • 12% osób z wyższym wykształceniam uznano za analfabetów (!!!)

Naprawiać niemiecką oświatę będzie oczywiście winowajca, czyli ichniejsza minister edukacji i badań naukowych. W tej kwestii też nic nowego pod słońcem.

Ponawiamy niepopularne (na razie) pytanie: czy w świetle takich "wybitnych osiągnięć" państwowego nauczania przymus szkolny i samo istnienie tworu zwanego ministerstwem oświaty naprawdę są potrzebne?

Oczywiste pytanie

Komisja Europejska poinformowała, że w Polsce odsetek uczniów zagrożonych wtórnym analfabetyzmem spadł w ciągu 9 lat z 25% do 15%, a w całej UE problem ten dotyczy średnio 20% uczniów.
Mamy zatem taką sytuację:

  1. młody człowiek idzie do szkoły, gdzie nabywa umiejętności czytania i pisania,
  2. następnie kontynuuje naukę przez 5, 10 czy ile tam lat i...
  3. staje się wtórnym analfabetą, jeszcze w trakcie nauki szkolnej!

Nasuwa się oczywiste pytanie: czy w trakcie nauki szkolnej uczeń nie musi ani czytać, ani pisać (skoro zapomina), a jeżeli musi i tego nie robi, to po co zmusza się go do łażenia do szkoły?!

PAP: "Tusk: wzrost płac dla nauczycieli to projekt cywilizacyjny"

Po przeczytaniu tej wzruszającej informacji nie wiedziałem, czy się śmiać, czy płakać.
Skończyło się na tym, że popłakałem się ze śmiechu.
Gdy próbowałem wyobrazić sobie, jaką cywilizację się u nas buduje, nie mogłem pozbyć się myśli: konstruktor Trurl z powieści naszego niedocenianego proroka - Stanisława Lema. Podejrzewam, że o konstrukcję robo-nauczyciela tu chodzi. Żeby tylko robo-nauczyciel nie chciał przerabiać dzieci na robo-dzieci...

Nauczyciele uczą, choć "nie warto"?

W ankiecie serwisu pracuj.pl 57 proc. nauczycieli stwierdziło, że nie warto uczyć. Wśród przyczyn takiego stanu rzeczy najwięcej z nich wskazało na:

  • brak szacunku ze strony uczniów - 72%,
  • stres - 62%,
  • brak szacunku i woli do współpracy ze strony rodziców - 61%.

Hm... Najwyraźniej wyniki ankiet zależą nie tyle od poglądów ankietowanych, co od zadawanych pytań. Ciekawe, czy pytano nauczycieli co sądzą o:

  • nieustających reformach systemu oświaty i ciągłych zmianach podstaw programowych, podręczników itp.
  • patologicznej papierkologi przy prowadzeniu dokumentacji szkolnej,
  • nonsensach prawa oświatowego, które:
  1. z ucznia czyni świętą krowę, która jeżeli się nie nażre szkolno-wiedzy, to przecież z winy nauczyciela, który winien ją nakarmić,
  2. z nauczyciela czyni podejrzanego o działanie na szkodę ucznia, i dlatego ten musi się wytłumaczyć z każdej wystawianej oceny.

Kiedyś reformatorzy oświatowi stawiali na tzw. "nauczanie problemowe" - że niby uczeń ma nie na pamięć, ale na rozum itd.itp. Było, minęło, teraz mamy inne "tryndy". Całą sprawę najlepiej podsumował znajomy anglista, podając swoją definicję nauczania problemowego:

Na czym polega nauczanie problemowe? To proste: wchodzisz do klasy i uczeń ma problem!


Pozostałe komentarze:
-1--2--3--4--5--

-6--7--8--9--10--

-11--12--13--14--15--

-16--17--18--19--20--

-21--22--23--